SCENA RODE

pisarz i aktor

książki i spektakle teatralne

Powsinogi beskidzkie wg Emila Zegadłowicza

Kompozycja całości spektaklu jest luźna — składa się on z czterech odsłon. Każda odsłona to prezentacja innego bohatera — powsinogi. Spotykamy się więc najpierw ze szklarzem i sadownikiem. Refleksja i zaduma sąsiaduje tu z momentami pełnymi ludowego, zdrowego humoru.

Zmienność nastroju ustępuje miejsca powadze i głębi chrześcijańskiej myśli w balladzie o beskidzkim snycerzu Jędrzeju Wowrze. Z nadejściem ostatniego powsinogi druciarza do spektaklu wraca humor i radość z ludzkiego bytowania na ziemi.

Te cztery postacie kreślą wspólną biografię człowieka z gór — powsinogi. Jest to osoba głęboko zjednoczona ze swoją pracą, wykonująca ją z pasją, osoba pogodzona ze sobą i wrażliwa na potrzeby bliźniego, potrafiąca odczuwać piękno otaczającego ją świata przyrody i wypatrująca w nim Bożej obecności.

W spektaklu spotykamy się ze świetnymi kreacjami powsinóg w wykonaniu Mariusza Marczyka. Niepowtarzalne brzmienie saksofonu i liry korbowej tworzy niezapomniany klimat. Realia dawnej wsi polskiej podkreślają stroje regionalne i bogata rekwizytornia obrazująca kulturę materialną mieszkańców polskich gór.

Spektakl trwa 70 minut.




Opinie o spektaklu

Zstępowanie Boga

„Powsinogi beskidzkie” (1923) to stylizowany zbiór sześciu ballad, uznany jednomyślnie za jedno z najważniejszych osiągnięć poetyckich Emila Zegadłowicza, najoryginalniejszy wyraz i najbardziej reprezentatywna egzemplifikacja programu grupy poetyckiej Czartak. Mariusz Marczyk, autor scenariusza i wykonawca prezentowanego przez Teatr Rode spektaklu, wybrał z niego trzy ballady, uzupełnione formalnie klamrą okalającą, na którą składają się dwa krótsze teksty o charakterze hymnicznym. Pierwszy z nich, Hymn Republiki Górskiej, formułuje poetyckie i życiowe credo — nawołuje do jego realizacji poprzez rozwijanie związków nieba z ziemią. Podkreśla też rolę cierpienia wyrażonego poprzez krzyż, symbol Republiki Górskiej, gdzie miłość ofiarna stanowi najważniejszy cel ludzkich i artystycznych dążeń. Beskid zyskuje w ten sposób status świętej enklawy, staje się miejscem mitycznym, matecznikiem poezji, w którym rozgrywają się zasadnicze dla ludzkiej egzystencji problemy. To kraina wybrana, symbol twórczej wolności i wzniosłości — co wydobywa pewna hieratyczność, dostojna powściągliwość stylu utworów, podkreślona w spektaklu przez aktorskie wykonanie.

Tekst końcowy, Im większe miłowanie, tym cięższe jest brzemię, puentuje koncepcję życia i sztuki pojętych jako sposób na realizację wyżej wymienionych wartości. Zasadniczy zrąb spektaklu stanowią trzy ballady poświęcone wędrownym rzemieślnikom, którzy te ideały swoim życiem wcielają, postaciom: sadownika, świątkarza Wowra, druciarza kuternogi.

We wstępie do pierwszego wydania tomu Zegadłowicz maluje taki obraz powsinogów: „twarze umęczone, oczy wybladłe, wypite słońcem, deszczem zmyte, suszone wiatrem — postacie sękate, żylaste, twarde i wichrowate, jak łyka drzewinowe na wietrznych szczytach rosnące — koślawe, grabiate, pokręcone”. Poezja ta, wybierająca sobie na bohaterów ludzi dotkniętych takimi zewnętrznymi przypadłościami, opowiada się więc po stronie naturalistycznej zgoła chropowatości — jako istotnej przeciwwagi do przekłamującej świat estetyzacji. Beskidnicy to prości ludzie, jak Nikifor-malarz niepiśmienni, żyjący jednak w kanonie wartości podstawowych, obdarzeni bogatym życiem wewnętrznym, uczestniczący w duchowej komunii z przyrodą, których nie wyparły substytuty kultury i cywilizacji. Zegadłowicz realizuje w ten sposób mit człowieka pierwotnego, pragnienie odrodzenia literatury narodowej poprzez powrót do jej ludowych korzeni, poszukiwanie egzotyki ukrytej w folklorze, odkrycie autentycznej etnicznej odrębności.

Mit pierwotnośi przejawia się również na poziomie języka i przebiega na linii ludowej stylizacji na prymityw. Tradycja nie funkcjonuje tu jednak na zasadzie prostego naśladownictwa, ale stanowi ważne źródło twórczej inspiracji. Autor uwzględnia prostotę środków wyrazu, tematyczną i motywiczną oszczędność, emocjonalne i etyczne wartości poezji ludowej. Narrator stara się myśleć i mówić językiem swoich bohaterów, prostaczków chromych nie tylko na ciele, ale i umyśle, poprzez to jednak jakoś wyróżnionych, innych, osobnych, niepowtarzalnych. Wszyscy oni to ludowi odmieńcy — artyści na swój sposób... Stylizacja gwarowa stanowi więc pretekst do tworzenia języka w języku, odkształcania rozpoznawalnej jako gwarowa rzeczywistości poprzez przemieszczenie jej w porządek sztuki. Tworzy się dzięki temu efekt niezwykły: gdy nawet uczestniczący w spektaklu słuchacz rozpoznaje sens znaków języka ludowej egzotyki, to jednak odczuwa przejawiającą się przez niego sferę niewyrażalnego, przeczutego zaledwie — pierwotne regiony religijności i pokłady mistycyzmu. Zejście z utartych szlaków prowadzi właśnie w tym przypadku do takich poetycko-teatralnych rewelacji. Wydobyciu tajemniczej dziwności świata służą wszechobecne w balladach neologizmy, które dodatkowo mają wydatny wpływ na stawanie się nadjęzyka określonego przez artystyczno-sakralny porządek, wskazują na potęgę kreacyjną słowa, które się „orzeszy leszczyni”, „wierchli zorzy i diamenci”.

Niezwykła reinterpretacja aktorska Powsinóg beskidzkich przez Mariusza Marczyka, nie tracąc nic ze swej powściągliwej wyrazistości inspirowanej założeniami Teatru Rapsodycznego Mieczysława Kotlarczyka, w pewnej chwili osiąga poziom ekstatyczności, siłę wyrazu bliską tendencjom ekspresjonistycznym, z jednym wszakże istotnym „ale” — ów krzyk duszy nie ma w sobie odrobiny typowych dla tego kierunku negatywnych cech emocjonalnych. Można by go śmiało nazwać ekspresjonizmem optymistycznym, choć z pierwotnością języka idzie często w parze dziewicza i groźna niezwykłość obrazu poetyckiego. Tekst i jego interpretacja we fragmentach przypomina zrodzoną z głębokich pokładów duszy modlitwę, na miarę franciszkańskiej Pieśni słonecznej. W obu przypadkach następuje pochwała stworzenia w całej jego złożoności, co w tekście opowieści Zegadłowicza o trzecim powsinodze beskidzkim, sadowniku, podkreśla rozpoczynająca anafora „pochwalone”...

We wstępie do drugiego wydania (1924) bohaterowie tych ballad określeni są przez ich autora mianem „najuboższych, najcichszych, najpracowitszych”, co dodatkowo podkreśla związki z myślą i postawą franciszkańską. Sam twórca nazywa siebie w nim — powsinogów niegodnym bratem i uczniem.

Zegadłowicz, wskrzeszając źródła ludowej religijności, próbuje przeciwstawić je miałkości eksperymentów formalnych poezji i zatrutej przez demony cywilizacji świadomości człowieka współczesnego. W zamian proponuje, jak mówi we wstępie do drugiego wydania, „świat radości, uśmiechu, upojenia, ekstazy miłości i wiary”. Wyraża w ten sposób charakterystyczną dla Czartaka ideę „wszechmiłości”, która przejawiała się w apologii przyrody i człowieka — ewangelicznego prostaczka, bytującego w bezpośrednim kontakcie z naturą.

Poeta przeprowadza ukrytą krytykę pozorów kultury. We wstępie do drugiego wydania daje diagnozę stanu obecnego. Mówi o doraźności form życia, złudzie bogacenia się pokrywającej ubóstwo ducha, kłamstwie obejmującym wszystkie dziedziny, pozorach miłości — zmorach napierających ze wszech stron na człowieka. Przeciwstawia im Republikę Górską — opartą na poświęceniu i miłości; sztukę ojczystą na podbudowie ludowej — odurzeniu miałkością napływowej kultury popularnej. Za cel stawia sobie stworzenie i znalezienie własnych rodzimych form wyrazu artystycznego.

Również w spektaklu Teatru Rode podskórnym nurtem płynie dyskusja z zagrożeniami nijakości kultury współczesnej, poprzez przeciwstawienie jej porządku osobnego... znalezienie dogodnego punktu wyjścia do artystycznych poszukiwań, wybór i poddanie teatralnej obróbce tekstu zapoznanego...

Przeżycie sacrum przez bohaterów ballad naznaczone jest niezwykłością, bliską ekstatycznej tradycji chasydzkiej. W obu kręgach tych kulturowych tradycji bezpośredni i bliski kontakt z Bogiem jest możliwy. Uczestniczący w misterium wiary doświadczają na codzień cudu, żyją w jego perspektywie. To dzięki niezwykłej żarliwości religijnej, objawiającej się przez każdą formę ich egzystencji, Bóg daje znaki swojej obecności, zstępuje na ziemię, wciela się w stworzenie. Po koniec ballady o świątkarzu następuje odwrócenie sytuacji: oto Stwórca, który dzięki ludowemu artyście przyjmował kształt Chrystusa frasobliwego, „Bóg serce swe człowieczy / w drzewinowym ciele//”, sam poprzez szacunek i miłość do biednego człowieka zaczyna rzeźbić siebie w postaci koślawego przysypiającego rzeźbiarza.

Zasadniczą rolę sztuki w tym kontekście jest niesienie głębokiej duchowej pociechy. Człowiek poprzez jej formy zbliżone do modlitwy jest w stanie przebóstwić swoje istnienie, nadać sens cierpieniu. Artysta zostaje podniesiony do rangi kapłana, który biorąc udział w misterium aktu kreacyjnego, przypomina Boga, także przez swoje tajemnicze pochodzenie: „skąd się wzion stary Wowro...” Dzięki temu bohaterowie ballad urastają do rangi postaci niezwykłych. Autor traktuje ich jako świętych za życia — stąd ich bezpośrednie kontakty z mieszkańcami nieba, ukształtowanego według wyobrażeń ludowych. W przedmowie do ballady o świątkarzu Zegadłowicz uważa Wowra za bliższego sercu artystę od Wita Stwosza i Dunikowskiego. Jego rzeźby Chrystusa frasobliwego są ważniejsze od przedstawień kościelnych, gdyż, jak dopowiada tekst ballady, ten jest: „Prawdziwszy bo boleścią widziany i męką/ po ludzku po człowieczu skumany z udręką / zapoznany od mała z mozołem i trudem / jeden z sercem strwożonym i jeden z swym ludem — ”.

Bohaterowie tych utworów są to więc budowniczowie ziemskiej szczęśliwości, których działalność przynosi głębszy sens. Dzięki niej bowiem ziemia może stanowić przedsionek raju (ballada o sadowniku), nadawać treść ludzkim poczynaniom poprzez przebóstwienie stworzenia, wcielenia się w nie Bożej łaski i miłości za pośrednictwem sztuki (utwór o świątkarzu) lub pracy pojętej jako służba Stwórcy i człowiekowi (tekst o druciarzu kuternodze). Ten ostatni określony jest w utworze mianem boskiego majstra. Co więcej, ludzie wierzą, że druciarz jest w stanie drutować nie tylko garnki, ale i ludzkie serca, a jego praca kontynuowana jest w zaświatach. Podkreśla to boski zamysł bezustannego reperowania, naprawiania świata i człowieka poprzez rzemiosło i sztukę. Ci cisi, prości ludzie najlepiej Go rozumieją, przenikają Jego zamiary. Życie pojęte jest w tych utworach jako zadanie, powołanie i droga, którą kroczą postaci powsinóg beskidzkich. Jak więc widać, realistyczne opisy świata kamieniotłuków, ludzi i ich pracy na tle przyrody Beskidu, wchodzą w związki z metafizycznymi refleksjami na temat losu człowieka.

Obecność świata ludowej fantastyki realizuje się również poprzez cichą nieuświadomioną obecność symbolicznie naznaczonych motywów, np. lipy łączącej w poetycki sposób niebo z ziemią.

Wyciągnięte z zakamarków czasu i zbiorowej świadomości, wywiedzione we współczesność i porządek sztuki dawne przedmioty zaczynają w spektaklu teatralnym ożywać... drutowany garnek, zakorzeniona mocno w narodowej tradycji lira korbowa (nieobecna u Zegadłowicza!) czy przydrożny świątek... frasobliwy - nabierają egzotycznego, tajemniczego posmaku... Zwykłe przedmioty obdarzone są tu jak u Białoszewskiego utajonym życiem... Postaci ballad żyją w świecie rzeczy najprostszych, co objawia się w kulcie konkretu, wychodzą od nich jednak do spraw i treści najbardziej uniwersalnych.

Specyficzny ogląd świata manifestuje się również w spektaklu w elementach ludowego humoru, który nawiązuje do tradycji ludowo-sowizdrzalskiej, ubogacając sferę teatralnych doznań widza o nowe treści i wrażenia.

Andrzej Szwast, Fraza 3/2004


Odkrywanie ballad Zegadłowicza

W dobie powrotu do zainteresowania regionalizmem i małymi ojczyznami inicjatywa podjęta przez Mariusza Marczyka jest trudna do przecenienia. Mam na myśli ponowne odkrywanie przez artystę urokliwego piękna ballad Powsinogi beskidzkie Emila Zegadłowicza. Ta książka, drukowana wielokrotnie w okresie międzywojennym, cieszyła się ogromnym zainteresowaniem czytelników.

Każdy z bohaterów powsinóg to postać autentyczna. Zegadłowicz odmalowuje ich tak, jak zapamiętał, z okresu swojego najwcześniejszego dzieciństwa. Prości, nieskomplikowani, posługujący się ludową, beskidzką gwarą, wędrujący za zarobkiem — urzekli pisarza głębią swoich filozoficznych spostrzeżeń i refleksji nad otaczającym ich światem.

Zdumienie i zaduma — tak w skrócie można określić to, co Powsinogi budzą u każdego wrażliwego odbiorcy. Szczególnie porusza ich bezsprzeczny autentyzm. Mimo że tych ludzi już nie ma, odeszli w mrok historii i rzadko kto posługuje się dziś takim językiem — to słuchając i czytając o nich, ma się wrażenie ich obecności w naszym życiu. To właśnie siła kulturowej tradycji tak mocno zakotwicza nas w naszej mikro i makro świadomości narodowej, tak szczególnie ważnej w jednoczącej się Europie.

Julian Krzyżanowski pisał, że prace powsinogów okolił Zegadłowicz „...aureolą niezwykłości, każdy z nich jest nie tyle wyrobnikiem, ile artystą, praca jego płynie z umiłowania rzemiosła, przynosi pożytek otoczeniu i dzięki temu ujawnia pewien sens metafizyczny, religijny”.

Dziś na próżno szukać w księgarniach „Powsinóg”. Tym cenniejszą wydaje się inicjatywa Teatru RODE wystawienia doskonale przygotowanego spektaklu Powsinogi beskidzkie, umożliwiającego nam zapoznanie się z tym fragmentem pięknej twórczości Emila Zegadłowicza.

Uczestnicząc w przedstawieniu, przenosimy się za sprawą aktorskiego kunsztu w nieistniejący już dziś klimat minionej epoki, obcujemy z pięknem gwary i filozoficzną głębią myśli każdego z bohaterów ballad.

Ewa Wegenke
Muzeum Emila Zegadłowicza w Gorzeniu Górnym


Inne opinie

Oglądając spektakl „Powsinogi beskidzkie” przeniosłem się do wspomnień z lat dziecięcych, kiedy zdarzało mi się widzieć na własne oczy, być może ostatnie, powsinogi. Dzięki wysokiemu poziomowi aktorskiemu spektaklu te piękne postaci, których już nie ma przemówiły zrozumiale nie tylko do mnie, ale i do zupełnie młodej widowni, ze wzruszeniem słuchałem mówionego gwarą tekstu oraz brzmienia mało dziś znanej liry korbowej. Szkoda, że aktorzy nie pokazali całości tego zapomnianego utworu. Wielkie dzięki reżyserowi i głównemu aktorowi Mariuszowi Marczykowi za niezapomniane doznania artystyczne.

Zdzisław Pękalski
lipiec 2003


Dziękujemy za niemal mistyczne przeżycie związane z tradycją beskidzką. „Powsinogi beskidzkie” dotarły do naszych serc i umysłów.

Uczniowie Zespołu Szkół im. Armii Krajowej w Jedliczu


Dziękujemy za niezwykłą chwilę, magię teatru, urok prostoty i mądrości życia oraz piękną poezję, które zmieściły się w Państwa spektaklu, pięknym i jakże bogatym w nastrojach.

Wiesław Gorda
Dyrektor Gimnazjum w Jedliczu


Dziękujemy za wspaniałe przeżycia artystyczne — wdzięczni za tę od serca nutę miłości do „małej ojczyzny”.

Dyrekcja, nauczyciele, uczniowie i młodzi regionaliści Gimnazjum Nr 1 z Oddziałami Integracyjnymi im. I. Łukasiewicza w Jaśle
11.03.2004


Serdecznie dziękujemy za wspaniały spektakl obrazujący prostotę (!) piękno życia naszych przodków.

Społeczność Gimnazjum w Długiem


Gorące podziękowania składamy na ręce Twórców Spektaklu. Obrazy tak bardzo nam dziś potrzebne, pozostaną na długo w naszej pamięci.

Uczniowie i nauczyciele Gimnazjum Nr 75 w Krakowie


Bardzo dziękujemy za cudowną grę aktorską, wspaniały kontakt z publicznością, przybliżenie nam przeszłości naszych przodków, gwary, którą się posługiwali, nazewnictwa narzędzi... Dziękujemy za piękne, barwne widowisko uwrażliwiające nas na drugiego człowieka.

Nauczyciele i młodzież II LO w Sanoku


Dziękujemy za spektakl, który dostarczył nam niesamowitych wrażeń. Uświadomił nam, jak wielką wartość ma tradycja, czym może być praca — pasją i miłością.

Dyrekcja, Grono Pedagogiczne Gimnazjum im. A. Mickiewicza w Białej Rawskiej
19.11.2004


Serdecznie dziękujemy za wspaniały i pouczający spektakl, który uświadomił uczniom, że najważniejsze jest to, by kochać to, co się robi. Oby Wasze znakomite nogi częściej przekraczały nasze skromne progi.

Dyrekcja, Grono Pedagogiczne i uczniowie Publicznego Gimnazjum w Kruszewie
19.11.2004


Jestem zachwycony aktorstwem, treścią i pomysłem. Temat jest wspaniały. Zadeklarowałem współpracę i dotrzymam słowa.

Dyrektor Zespołu Szkół Nr 1 w Harcie
3.12.2004